Jak nie przytyć na wakacjach?

Ostatnio wybrałam z moim G. na urlop. W związku z tym, że w tym roku nie mogliśmy jeździć na nartach wybraliśmy opcje cieplejszą. Postanowiliśmy zwiedzić Maderę. W pewnym momencie planowania wyjazdu, narzeczony rzucił „Domi musimy się pilnować z jedzeniem na Maderze, nie chce przytyć”. Zaczęłam się nad tym zastanawiać. Od razu trochę się zezłościłam, bo jak to tak pilnować się z jedzeniem w obcym miejscu. Przecież przygotowując się do podróży zawsze najpierw sprawdzam co muszę koniecznie spróbować. Uwielbiam smakować, poznawać lokalną kuchnie oraz wyszukiwać pyszne miejsca. Muszę spróbować prawie wszystkie lokalne przysmaki i to jeszcze w tydzień! Więc jak mam się ograniczać z jedzeniem!?! Taka restrykcja wzbudziła we mnie opór, a jako przyszły specjalista psychodietetyki na szczęście wiedziałam co w takiej sytuacji zrobić.

 

Po pierwsze wyznaczyłam sobie listę priorytetów. Co jest dla mnie tak naprawdę najważniejsze, a z czego mogę zrezygnować. Najważniejszym okazało się oczywiście próbowanie lokalnych pyszności. Mało ważne np. okazało się dla mnie opijanie się alkoholem podczas wakacji. Doszłam w takim razie do wniosku, że jestem w stanie całkowicie zrezygnować z kolorowych drinków (jak wiadomo z milionem cukru i kalorii), a do kolacji starczy mi kieliszek czerwonego wytrawnego wina. Tym sposobem już zaoszczędziłam parę kalorii, które wolałam przeznaczyć na konkretne danie. Dodatkowo nie potrzebowałam próbować słodyczy sklepowych (które zresztą wszędzie smakują tak samo), więc i z nich mogłam zrezygnować (przez cały tydzień tylko raz kupiliśmy jakieś słodkości).

 

Po drugie (zresztą jak na co dzień) , podczas wakacji nie piłam żadnych kolorowych napoi, soków i innych pełnych cukru i chemii produktów, które miałyby rzekomo ugasić moje pragnienie. Kupowałam tylko wodę mineralną, taką która najbardziej mi smakuje oraz herbaty ziołowe. Nawadnianie jest ZAWSZE bardzo ważne i może odbywać się bez udziału zbędnych kalorii.

 

Kolejną kwestią, którą stosowałam to nie zamawianie zbyt dużej ilości jedzenia w restauracji. Zaoszczędzone kalorie oraz Euro zdecydowanie były ogromnym plusem tego pomysłu. Jeżeli mieliśmy ochotę pokosztować lokalnych pyszności zamawialiśmy jeden deser/przystawkę i jedliśmy go wspólnie na pół. Dania główne zawsze zamawialiśmy różne i wtedy kosztowaliśmy od siebie. Fajną opcją były też tapasy, którymi się dzieliliśmy. Do dań zamiast frytek (ale mi to lokalna potrawa :D) zamawialiśmy sałatkę lub lokalny chlebek.

 

Dodatkowo jedliśmy kiedy byłyśmy głodni. Próbowaliśmy się nie przejadać. W restauracjach  kiedy nie byliśmy bardzo głodni nie braliśmy startera jakim na Maderze jest czosnkowy chlebek. W ciągu dnia jedliśmy jakiś lunch, aby nie czuć dużego głodu na wieczór, kiedy szliśmy do restauracji na kolacje.

 

Śniadanie również było dla mnie bardzo ważne. W związku z tym, że nie lubimy jedzenia w hotelach (często słaba jakość, jedzenie kontynentalne, a nie lokalne) zdecydowaliśmy się tylko na śniadania. Bardzo ważne jest dla nas, aby zjeść po obudzeniu jakiś posiłek, żeby mieć energię na cały dzień. Śniadanie w hotelu nam to ułatwiło. Utrudnieniem jednak mogło stać się to, że było ono w formie bufetu. Czyli: bierz ile chcesz. Często z takiego powodu osoby jedzą zdecydowanie więcej niż zjedliby gdyby posiłek był zaserwowany do stolika. Aby poradzić sobie z takim problemem nakładaliśmy sobie tyle jedzenia ile normalnie jedliśmy w domu na śniadanie. Jeżeli w domu jem np. dwa jajka sadzone, to w hotelu (bo przecież jest) nie wezmę dwóch jajek sadzonych i omleta. Śniadania w hotelach są prawie zawsze takie same, także nawet jeżeli byłoby ono wyjątkowo pysznie, nie musze spróbować wszystkiego podczas jednego śniadania. Zjadam więc śniadanie rozmiarowo takie same jak w domu. Nakładam sobie też dużo warzyw, a zamiast słodkiego dżemu biorę parę plasterków ananasa lub melona. Pamiętam o zasadzie, że jeżeli chcę czegoś spróbować nie muszę brać od razu całego talerza tego produktu. Pieczywo staram się wybierać pełnoziarniste, a do śniadania pić oczywiście wodę i małą kawę/herbatę. Nie obcinałam kalorii śniadania, bo nie tędy droga. Takie „oszczędne” śniadanie, żeby móc zjeść więcej w ciągu dnia mogłoby spowodować, że na wieczór zje się o wiele więcej niż normalnie by się zjadło.

 

Na koniec, aby już całkowicie z czystym sumieniem pozwolić sobie na pyszności lokalnej kuchni zdecydowałam, że biorę buty oraz stój do ćwiczeń. Obiecałam sobie regularną aktywność. Dzięki temu spaliłam trochę kalorii, które nadprogramowo zjadłam próbując np. lokalnych ciastek, których na co dzień w domu jednak nie jem. My zdecydowaliśmy się biegać po promenadzie, ale spokojnie można poćwiczyć w pokoju np. z treningiem z aplikacji czy samemu.

 

Moje wakacje były cudowne. Spróbowałam ogromną ilość lokalnych owoców morza, owoców, tradycyjnych dań, przekąsek, a przy tym czułam się dobrze, nie byłam przejedzona i nie zaprzątałam sobie głowy wyrzutami sumienia.

 

Podsumowując:

  1. Wyznacz sobie priorytety. Co podczas wakacji jest dla Ciebie ważne, a co mniej. Rezygnuj z tych niezdrowych nawyków żywieniowych, które niekoniecznie ulepszą twoje wakacje i pozostawią więcej miłych wspomnień (np. jedzenie fast-foodów, słodycze sklepowe, alkohol)
  2. Unikaj picia kolorowych napoi i soków – po co Ci to 😀
  3. Aby spróbować wielu dań zamawiaj potrawy, którymi będziesz się dzielić z drugą osobą. Aby skosztować nie musisz od razu zjeść dużej ilości jedzenia.
  4. Nie przegładzaj się i jedz regularnie.
  5. Jedź śniadania jak w domu. Nie rezygnuj z nich, ale też nie bierz sobie za dużo na talerz.
  6. Zafunduj sobie ulubioną aktywność fizyczną, nawet w większej ilości.

 

Na koniec obiecany bonus, czyli owoce madery, które mnie zaskoczyły.

 

Mini banany – rosną na całej wyspie Madera. Na górzystym terenie lokalni rolnicy tworzą „półki”, czyli płaskie tereny na których hodują bananowce. Mini banany określanie są jako słodsze i pyszniejsze niż te nam znane. Dla mnie były trochę bardziej „muliste” niż te sprzedawane w Polsce.

Tamarilho – wygląda jak pomidorek, smakuje trochę jak agrest. Lekko cierpkie, wodniste. Sprzedawane w każdym sklepie.

Cherymoja – M. Twain określił ten owoc jako najsmaczniejszy na świecie. I rzeczywiście jest pyszny, jeżeli jest mocno dojrzały. Gdy z zewnątrz jest już mocno miękki, trzeba przekroić go na pół i jeść łyżeczką. Uwaga na pestki! Są trujące! Konsystencja to taki budyń, w smaku trochę też go przypomina. Słodki i super by się sprawdził np. w owsiankach.

Marakuja cytrynowa – na targu spróbowaliśmy chyba z 7 rodzajów markuj. Ta była najpyszniejsza, słodka i egzotyczna. Niestety musi być bardzo dojrzała, aby była smaczna. Na targach dają spróbować pysznych i dojrzałych, a sprzedają niedojrzałe i kwaśne, takie tam biznesy… 😀

Ceriman – największe zaskoczenie. Potocznie nazywany ananaso-bananem i naprawdę tak smakuje! Totalnie jak banan zmieszany z ananasem. Po obłupaniu zielonej skórki pod spodem jest biały miąższ – pychota! Musi być bardzo dojrzały, aby go jeść inaczej szczypie w język i gardło bo ma kwas szczawiowy. Uwaga największy szok informacyjny: ten owoc rośnie na… MONSTERZE! Wiedzieliście, że popularne teraz monstery dają owoce? 😀

Dodaj komentarz